Coś innego

Posted in Bez kategorii on Maj 17, 2011 by imbql

Zdawało się, jakby to wieczność upłynęła zanim ruszyliśmy ze stacji.

A pociąg na każdej stacji zatrzymywał się na niewyobrażalnie długo.

Niewidzialna śnieżna pustynia za oknem,

płynący czas, bolący głód,

wszystko to powoli niszczyło moje serce.

Obiecany czas przyszedł i poszedł.

——————————-

napisałem list, który miałem jej wręczyć osobiście.

Rzeczy, których nie mogłem jej powiedzieć, rzeczy które chciałem by usłyszała:

było takich dużo.

Pociąg stał w tym miejscu

przez dwie godziny, nie wydając przy tym żadnego dźwięku.

Każda minuta wydawała się wiecznością.

Czas po prostu płynął powoli ponad mną,

tak jakby miał złośliwe zamiary.

Zaciskałem zęby,

by oddalić się od myśli, że płacz to jedyne co mogę teraz zrobić.

Proszę… po prostu…

…wróć…

…wróć już do domu…!

——————————

W tej jednej chwili,

miejsce zamieszkania wieczności, serca i duszy…

stało się dla mnie czyste.

Poczułem się jakbym zrozumiał wszystko, co stało się w mym życiu.

a także… czas, który miał nadejść.

Stałem się… smutny.

Ciepło jej ducha,

jak powinienem je traktować, gdzie mam je zabrać?

To było coś, czego nie wiedziałem.

Zdałem sobie sprawę z faktu,

że nie będziemy razem na zawsze po tym wszystkim.

Życia, które mieliśmy przed sobą,

bezgraniczne ilości czasu, które rozciągały się nieodwołalnie przed nami.

Ale…

niepokój który zauważałem, wkrótce jednak topniał.

A po tym wszystkim, zostały tylko jej delikatne usta.

Tę noc,

spędziliśmy w niewielkiej stodole przy polu.

Dzieląc stary koc, rozmawialiśmy długo podczas tej nocy.

Nim zdążyliśmy to zauważyć, zasnęliśmy.

Rankiem wsiadłem do pociągu, który znowu jeździł.

Rozdzieliliśmy się.

Uhm…

—————–

To będzie…

…podróż tak mroczna i samotna, że przerasta to wszelkie wyobrażenia.

By egzystować w czystej ciemności…

…bez szansy na spotkania chociaż jednego atomu…

Szczerze wierząc, że gdzieś tam w tej otchłani, zbliżasz się do sekretu wszechświata.

Gdzie zmierzamy?

Jak daleko zajdziemy?

Kiedy zacząłem pisać wiadomości, których nigdy nie wysyłam?

—————–

…jest bardzo miły… ale…

ale…

On zawsze…

…patrzył na coś odległego, na coś bardzo odległego ode mnie.

Nie jestem w stanie tego zobaczyć

Nie jestem w stanie spełnić jego pragnień.

Mimo to…

Mimo to, jestem pewna, że kiedy przyjdzie kolejny dzień, i dzień po nim, i kolejny,

nadal będę go bezradnie kochać.

Płacząc i myśląc tylko o nim,

zasnęłam.

———————–

Po prostu żyjąc, smutek kumuluje się tu i ówdzie,

wieszając pościel do wysuszenia na słońcu, myjąc zęby w toalecie

i czytając zapisy historii na swojej komórce…

“Nadal cię lubię, nawet teraz.”

Napisała to dziewczyna, z którą chodziłem.

“Ale nawet wymieniając tysiące wiadomości…”

“…nasze serca nie zbliżą się, choćby na centymetr.”

Ostatnimi lata, tylko parłem naprzód bez patrzenia na świat wokół mnie,

chciałem po prostu dotknąć coś, czego nie mogę dosięgnąć. Ta wiadomość dowodziła tego faktu.

Nadal pracowałem,

bez zrozumienia, skąd to wszystko nadciąga.

Kiedy ostatnio o tym myślałem, moje serce stało się twarde przez stopniową utratę młodzieńczej radości.

Pewnego poranka,

zdałem sobie sprawę…

że straciłem wszystko, co było piękne.

Wiedziałem, że osiągnąłem swój limit

—————-

Zawsze poszukuję twego śladu

na przeciwnym peronie, czy w oknach cudzych domów,

nawet, gdy wiem, że cię tam nie zastanę.

Gdybym mógł wypowiedzieć jedno życzenie, stanąłbym przy twoim boku

i już nic nie stanowiłoby dla mnie przeszkody.

Zostawiłbym wszystko i mocno cię przytulił.

Gdybym chciał uciec od samotności, nikt by mi nie wystarczył, poza tobą.

Noc grozi upadkiem gwiazd, a tylko o jedno proszę.

Ten jeden raz, niech pory roku zastygną…

Ten jeden raz, gdy się razem wygłupialiśmy…

Zawsze poszukuję twego śladu

na mijanej ulicy, czy pośród mych snów,

nawet, gdy wiem, że cię tam nie zastanę.

Gdyby miał się zdarzyć cud, pokazałbym ci bez wahania

nowy poranek, w którym bylibyśmy razem,

a na mych ustach znalazłyby się nigdy wcześniej niewypowiedziane słowa – “Kocham cię.”

Wspomnienia lata nadal powracają,

niczym powoli zwalniające bicie serca.

Zawsze poszukuję twego śladu,

w mieście o świcie,

nawet, gdy wiem, że cię tam nie zastanę.

Gdybym mógł wypowiedzieć jedno życzenie, stanąłbym przy twoim boku

i już nic nie stanowiłoby dla mnie przeszkody.

Zostawiłbym wszystko i mocno cię przytulił.

Zawsze poszukuję choć cząstki ciebie

w sklepie, podczas mych podróży, czy wśród gazet na półkach,

nawet, gdy wiem, że cię tam nie zastanę.

Gdyby miał się zdarzyć cud, pokazałbym ci bez wahania

nowy poranek, w którym bylibyśmy razem,

a na mych ustach znalazłyby się nigdy wcześniej niewypowiedziane słowa – “Kocham cię.”

Zawsze na koniec poszukuję twego uśmiechu

Na przystankach, czekając na przesiadkę,

nawet, gdy wiem, że cię tam nie zastanę.

Gdybyśmy mogli powtórzyć nasze życia, nigdy bym cię nie opuścił.

Nigdy bym nie pragnął niczego innego,

bez ciebie nic nie ma znaczenia…

Kroniki Little Fighter : Denis

Posted in Kroniki LF2 Denis, Opowiadania on Sierpień 16, 2010 by imbql

Kolejna część napisana przez znakomitego writera el Walsemore’a. Następna kronika na przełomie piątku/ niedzieli.

Enjoy!

-Ciekawe- powtórzył Dennis, wzdychając głęboko- wiesz co jest w tym takiego ciekawego? Nie to, że ktoś wbił strzałę z listem w moją ścianę, wszakże przy odrobinie inwencji twórczej mogłeś to zrobić i ty. Ciekawe jest to, że pobiciem dwóch bezmózgich dresiarzy ściągnąłem na siebie gniew całego Klanu Naga Sraka Tic Taca
-Pokaż- Davis przejął list- Entereserte… wszyscy okazują im uległość…
-Ja ich tam nazywam Klanem Tic Tacowym- Dennis machnął ręką- a że nikt nie ma jaj, by im się postawić, to nie moja wina. Kroi się coś grubszego, tyle ci opwiem. Kevin!
-Co?- zapytał brat Dennisa z kuchni
-Weź dzisiaj gdzieś na jakąś imprezę pójdź lub zostań na trzy zmiany w pracy
-Znowu się w coś wpakowałeś?
-Acha. Teraz, Davisie- Dennis wypchnął przyjaciela ze swojego mieszkania-pójdź gdzieś, bo muszę pospać trochę- op czym zatrzasnął drzwi
Dennis ułożył się na łóżku i po godzinie intenstywnego myślenia zasnął. Zastanawiał się nad nowym konflitkem z Klanem Enteresrte, chociaż nie bał się sytuacji, gdyż nie był to pierwszy ani ostatni raz. Zazwyczaj sprzeczka kończyła się pogróżkami, lecz niekiedy dochodziło do poważnych starć. Jak będzie teraz, nie wiedział
Gdy budzik zadzwonił o dziewiątej wieczorem, za oknem panowała jeszcze janość. „Pora wstawać” pomyślał Dennis, wychodząc z łóżka. Zanim wydostał się z bloku, nastała już ciemność.
Od razu podbiegł do niego Davis
-Jak tam? Tic Taci nie dają ci żyć?- spytał Dennis na wstępie
-Dopiero się ściemniło, a oni atakują w ciemnościah- orzekł Davis
-Acha!- Dennis klasnął w dłonie, widząc cztery nadchodzące osoby- nie zawiodłem się na kolegach! Klan Tic Tacowy przybył
-Zaraz odkleimy ci ten uśmiech, ty…- wyciągnąwszy nóż, w charakterystyczny dla dresiarzy sposób wypowiedź przybyłego zamieniła się w potok bluzg
-Bij, zaj*b!- krzyknął jego kompan, wsuwając magazynek do pistoletu. Dwaj pozostali napastnicy za broń mieli kije- za Alexa i Chrisa!

19:46:31

Nożownik popedził w stronę Dennisa, zaś gdy ten wyrzucił rękami Davisa do góry, strzelec strzelił. Trafił swojego kompana w środek głowy. Zanim zdołał nacelować na Davisa, Dennis rzucił w niego kamieniem, rzucając go na ziemię
Gdy Davis trzymał pistolet, spojrzał na wroga nienawistnym wzrokiem
-Mamy jeszcze jakieś argumenty? No? Kto chce wyrazić swoje zdanie?
Potężna ręka zmiażdżyła broń jak gdyby była to folia. Kolejnym uderzeniem wzmocnionym kolcami kastetu zmasakrowała twarz Davisa
Gdy mięśniak, który zeskoczył z bloku, wyprostował się, miał szerokość dwóch normalnych ludzi. Dennis przygryzł wargi, nie zapominając o wrogach z kijami.
-Ja jestem ich argumentem- powiedział przybyły- teraz możesz mnie przebić, czekam uprzejmie
Davis ostatkami sił zdołał go przewrócić. „Kij z honorem” pomyślał Dennis, wbijając nóż w serce leżącego. Gdy rzucił ostrzem w ścianę, dwaj pozostali z kijami uciekli
-Cholera, Davis- Dennis uklęknął przy nim- żyły masz całe?- pytał, nie spodziewając się odpowiedzi- cholera, Davis! Karetka nie zdąży przyjechać! Nie! Nie możesz!
Dennis wstał na równe nogi, w histerii łapiąc się za głowę. Im szybciej starał się coś wymyślić, tym bardziej czuł, że myśl goni myśl, nie dając niczego
-Tylko cud może mnie uratować- Dennis odczytał z oczu Davisa- a cudy zdarzają się tylko w bajkach, czyli się nie zdarzają
Niewysoki Azjata z gracją kota zeskoczył z bloku. Dennis poznał go, jednak nie był w stanie wydusić z siebie słowa, gdy ten zajął się Davisem
-Gotowe- powiedział przybyły, patrząc na odnowioną twarz Davisa- potomkowie Rudolfa nigdy nie pozostają dłużni
-Ja chyba śnię!- Dennis popadł w jeszcze większą histerię, wyrywając włosy ze swojej głowy- to sen! Kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuźwaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!- ryknął

-Spokojnie- Chińczyk starał się go uspokoić- sytuacja była co najmniej dziwna, ale wszystko już w porządku
-Takie rzeczy nie istnieją!- krzyczał Dennis- ludzie szerocy jak blok! Staruszkowie zwinni jak koty! Techniki medyczne!
-Istnieje magia- potomek Rudolfa utworzył na dłoni światło
Dennis zawył jak raniony zwierz, padając przed nim najpierw na kolana, później na twarz
-Spokojnie- Chińczyk uspokajał. Dennis oddychał wolniej- są pewne rzeczy, ukrywane przed światem. Ty jedną ujrzałeś.
-Jakie twoje imię jest?- zapytał Dennis, łkając cicho
-Derik… sytuacja już się skończyła, uspokój się
-Muszę…- Dennis z pozycji leżącej przeszedł do klęczącej- muszę być najlepszy. Magia! Muszę ją posiąść! Mistrzu…
-Skoro ja będę twoim mistrzem, nie będziesz najlepszy. Póki nim nie jesteś, jesteś prima persona
-Mistrzu…

By Walsemore

Kroniki Little Figter : Firen

Posted in Kroniki LF2 Firen, Opowiadania on Sierpień 12, 2010 by imbql

Tak więc kolejna część kronik , ta najbardziej wyczekiwana :)

Enjoy!

- To jest twoje użytkowe imię, nie prawdziwe. Gdzie się podziało? Gdzie jest twoja prawda? Czy pozostawiłeś ją na plaży, kiedy zmarłeś? Wiele zapomniałeś, o władco obu krain. Zapomniałeś światło, miłość i swoje własne imię.

- Teraz jednak poznałem twoje, a wraz z nim dałeś mi władzę nad tobą Arcymagu Firenie. Firenie, który był Arcymagiem ,kiedy jeszcze żył.

- Moje imię na nic ci się nie zda – odparł Firen. – Nie masz nade mną władzy. Ja żyję. Moje ciało spoczywa na plaży, pod słońcem, na ruchomej ,zmiennej ziemi. A kiedy to ciało umrze, znajdę się tutaj – lecz tylko jako imię – samo imię, jako cień. Nie rozumiesz? Czy nigdy tego nie rozumiałeś? O ty, który wzywałeś tak wiele cieni ,całe armie umarłych nawet mojego pana, najmędrszego z nas wszystkich? Nie pojmujesz, że on, nawet on, jest jedynie cieniem i imieniem? Jego śmierć nie przyćmiła życia ani jego samego. Pozostał tam – tam, nie tutaj! Tu nie ma nic, jedynie pył i cienie. Tam czeka ziemia ,słońce, liście drzew, lot orła. On żyje. Wszyscy, którzy kiedykolwiek zmarli, żyją. Żyją odrodzeni, bez końca, bo żadnego końca nie będzie. Wszyscy z wyjątkiem ciebie. Bo ty nie przyjąłeś śmierci.

Utraciłeś ją, a także życie po to, aby uratować się przed nią. Samego siebie! Twoje nieśmiertelne ja! Czym właściwie jest? Kim ty jesteś?

- Sobą. Moje ciało nie zgnije i nie umrze.

- Żyjące ciało odczuwa ból, Julianie. Żywe ciało starzeje się, umiera. Śmierć to cena, jaką płacimy za nasze życie – i życie w ogóle.

- Ja jej nie zapłacę! Mogę umrzeć i za chwilę żyć ponownie! Nie da się mnie zabić; jestem nieśmiertelny, ja jeden będę trwał wiecznie!

- Kim zatem kim jesteś?

- Nieśmiertelnym.

- Powiedz swe imię.

- Król.

- Powtórz moje imię. Wyjawiłem ci je przed chwilą. Wypowiedz je!

- Ty nie jesteś prawdziwy. Nie masz imienia. Tylko ja istnieję.

- Istniejesz, lecz, bez imienia, bez postaci. Nie możesz zobaczyć światła dnia, nie możesz zobaczyć ciemności. Zaprzedałeś zieleń ziemi, słońce i gwiazdy, aby ratować siebie. Ale nie masz jaźni. Wszystko, co zaprzedałeś jest tobą. Oddałeś wszystko za nic. A teraz szukasz sposobu, aby wciągnąć w siebie cały świat, całe to światło i życie, które straciłeś, aby wypełnić nimi swą nicość. Wiedz jednak, że nie można jej wypełnić. Wszystkie pieśni ziemi, wszystkie gwiazdy niebios nie zdołają wypełnić twej pustki.

W lodowatej dolinie u podnóża gór głos Firena dźwięczał jak żelazo, a ślepiec uginał się pod jego brzmieniem. Po chwili uniósł twarz, na którą padło przyćmione światło gwiazd. Wyglądał tak jakby płakał, lecz nie mógł dobyć łez, nie mając oczu. Jego usta pełne ciemności, otwierały się i zamykały, ale wydobył się z nich tylko jęk. W końcu wypowiedział jedno słowo, z ledwością formułując je wykrzywionymi ustami. Słowo to brzmiało: Życie.

- Dałbym ci życie, gdybym mógł, Julian. Lecz nie mogę. Jesteś martwy. Mogę dać ci jedynie śmierć.

- Nie – krzyknął ślepiec, a potem powtórzył – nie, nie – i skulił się łkając, chociaż jego policzki pozostały suche, jak nurt kamiennej rzeki, w której zamiast wody płynęła sama noc.

- Nie możesz. Nikt nie może mnie uwolnić. Nigdy. Otwarłem drzwi pomiędzy światami i nie mogę ich zamknąć. Nikt nie może. Nigdy nie zostaną zamknięte. One mnie wciągają. Muszę do nich wracać. Muszę je przekraczać i wracać tutaj, do pyłu, zimna i ciszy. One mnie wysysają, lecz nie mogę ich zostawić, nie mogę ich zamknąć. W końcu wyssą całe światło ze świata. Wszystkie wody staną się takie, jak Sucha Rzeka. Żadna moc nie jest w stanie zamknąć drzwi, które ja otworzyłem.

Dziwna była ta mieszanina rozpaczy i mściwości, przerażenia i pychy, w jego słowach i głosie.

Firen zapytał tylko – Gdzie one są?

- Tam. Niedaleko. Możesz tam pójść. Ale nic nie będziesz mógł zrobić. Nie uda ci się ich zamknąć. Nawet gdybyś poświęcił na to całą swą moc, to i tak jej nie wystarczy. Nic nie wystarczy.

- Może – odparł Firen. – Ty wybrałeś rozpacz, pamiętaj jednak, że my tego nie uczyniliśmy. Zaprowadź nas tam.

Ślepiec uniósł twarz, na której strach walczył z nienawiścią. Nienawiść zwyciężyła.

- Nie zaprowadzę – powiedział. Wówczas wystąpił naprzód John i rzekł:

- Zaprowadzisz.

Ślepiec stał nieruchomo. Słowa zastygły w lodowatej ciszy i gęstych ciemnościach królestwa zmarłych.

- Kim jesteś?

- Mam na imię John.

- Ty, który nazywasz siebie Królem, nie wiesz kim on jest?! – Zapytał Firen.

Julian znowu znieruchomiał. W końcu odezwał się, z trudem łapiąc oddech: – Przecież nie żyje, obaj nie żyjecie. Nie możecie wrócić. Nie ma stąd wyjścia. Jesteście tu uwięzieni! – Gdy to mówił, migoczące nad nim światło zgasło. I usłyszeli jak odwraca się i z pośpiechem uchodzi przed nimi w ciemność.

- Światła, panie! – krzyknął John. Firen uniósł laskę nad głowę, a białe światło rozproszyło odwieczną ciemność, ukazując skały i cienie, a pomiędzy nimi wysoką, pochyloną postać ślepca idącego w górę rzeki dziwnie pewnym krokiem niewidomego. Za nim podążał John z mieczem w ręku, a dalej Firen.

John pozostawił w tyle swego towarzysza. Światło stało się niemal niewidoczne, przesłaniane przez głazy i zakręty rzecznego koryta. Odgłos kroków Juliana i świadomość jego obecności przed sobą była dla Johna wystarczającym przewodnikiem. Droga stała się bardziej stroma. Powoli zaczął się do niego zbliżać. Wspinali się teraz stromym wąwozem zawalonym kamieniami. Sucha Rzeka, im bliżej swego źródła tym węższa, wiła się pomiędzy pionowymi ścianami. Skały grzechotały pod stopami i dłońmi, wspinali się bowiem na czworakach. John wyczuł końcowe zwężenie ścian i rzucił się gwałtownie do przodu, łapiąc Juiana za ramię.

Znajdowali się w skalnym basenie, szerokim na pięć czy sześć stóp, który mógłby być sadzawką, gdyby kiedykolwiek płynęła tam woda. Przed nimi i ponad nimi wznosiło się urwisko ze skał i żużlu, w którym ziała czarna dziura – źródło Suchej Rzeki.

Julian nie próbował się wyrwać z uchwytu Johna. Stał zupełnie nieruchomo, podczas gdy światło niesione przez Firena zbliżało się, rozjaśniając jego bezoką twarz.

- To jest to miejsce – powiedział wreszcie i coś w rodzaju uśmiechu wykrzywiło jego usta. – To tego szukacie. Widzicie je? Tam możecie się odrodzić. Wszystko co musicie zrobić, to pójść ze mną. Będziecie żyć wiecznie. Razem będziemy królować.

John spojrzał na suche, czarne źródło – gardziel wypełnioną pyłem. Miejsce, gdzie martwa dusza wpełzając w ziemię i ciemność odradzała się znowu martwa. Wzbudziło w nim ono taki wstręt, że ochrypłym głosem, walcząc z potwornymi mdłościami, powiedział:

- Niech będzie zamknięte.

- Będzie zamknięte – rzekł Firen, stając obok niego.

Twarz i ręce maga zapłonęły białym światłem. Zdawał się być gwiazdą spadłą na ziemię, pogrążoną w bezkresnej nocy. Przed nim suche źródło – owe drzwi otwarte pomiędzy światami, ziały nicością. Były szerokie i puste, lecz czy głębokie, czy płytkie – tego nikt nie wiedział. Nie było tam nic, na co – mogło paść światło, nic na czym mógłby spocząć wzrok. Były pustką. Nie przedostawało się przez nie światło ani ciemność, życie ani śmierć. Były niczym. Jedynie drogą prowadzącą do nikąd.

Firen uniósł ręce i przemówił.

John wciąż trzymał Juliana za ramię. Ślepiec położył wolną rękę na skałach urwistej ściany. Obaj stali bez ruchu, spętani mocą czaru.

Całym kunsztem nabytym w ciągu życia, całą siłą swego nieugiętego serca Firen starał się zamknąć te drzwi – aby ocalić świat. Pod wpływem jego głosu i na rozkaz jego rąk nadających kształty, skały zaczęły się zbliżać do siebie z trudem. Wreszcie spotkały się. Lecz w tej samej chwili światło zaczęło słabnąć. Słabo coraz szybciej, zamierało na dłoniach twarzy i na cisowej lasce Firena – aż w końcu już tylko słabo migotało. W tym nikłym świetle John zobaczył, że drzwi są niemal całkowicie zamknięte.

Ślepiec czuł, jak pod jego ręką skały przesuwają się, aby się złączyć, czuł jak cała jego sztuka i moc poddają się i wyczerpują. Nagle krzyknął: Nie! – Wyrwał się z uchwytu Johna, raniąc go jakąś falą energii w klatkę piersiową. Skoczył przed siebie, złapał Firena w ślepy potężny uścisk, przewrócił na ziemię swym ciężarem i zaczął dusić, zacisnąwszy ręce na gardle.

John podniósł się czując wielki ból jakby nie mógł oddychać, jego oczy były przekrwione, ledwo trzymał się na nogach. Ciągnęło go uczucie jakby wewnętrzne ciepło – negatywna energia wypełniała go. Uniósł miecz i ciął z całej siły prosto w pochylony kark pod zmierzwionymi włosami.

Żywy duch posiada swą wagę w krainie zmarłych, a cień jego miecza – ostrze. Klinga przecięła Julianowi kręgosłup. Trysnęła czarna krew, oświetlona błyskiem ostrza.

Lecz nie na wiele zda się zabijanie zmarłych, a Julian był przecież martwy. Martwy od lat. Ogromna rana zamknęła się wchłaniając krew. Ślepiec wyprostował się na całą wysokość. Jego twarz wykrzywił gniew i nienawiść. Wyciągnął swe długie ręce w stronę Johna, jakby dopiero teraz uświadamiając sobie, kto jest jego prawdziwym wrogiem i rywalem.

Tak potworny był ów widok powstania z martwych po śmiertelnym ciosie, że gniew obrzydzenia wezbrał w Johnie. Z szaleńczą furią wziąwszy zamach, ponownie uderzył mieczem, wkładając w ten straszliwy cios całą swą nienawiść. Julian upadł rozpłataną czaszką i twarzą zalaną krwią, John już był nad nim, aby uderzyć jeszcze raz zanim rana zdoła się zamknąć i jeszcze raz, i jeszcze, dopóki go nie zabije…

By BqL

Kroniki Firena : Wybiegamy w przyszłość : John uczy się sztuki magicznej część 2

Posted in Kroniki LF2 Firen on Sierpień 10, 2010 by imbql

- Mógłbym, gdybym zechciał – odparł spokojnym głosem.

- Czy przywołanie ducha nie jest bardzo trudne, bardzo niebezpieczne?

- Trudne, owszem. Niebezpieczne? – wzruszył ramionami. Tym razem był prawie pewien, że w jej oczach jest podziw.

- A czy umiesz rzucać uroki miłosne?

- Do tego nie trzeba wielkiej biegłości.

- To prawda – zgodziła się – każda wiejska czarownica to, umie. A czy potrafisz czynić czary Przemiany? Czy umiesz odmienić swą własną postać, jak to podobno czynią czarnoksiężnicy?

Znowu nie był całkiem pewien, czy dziewczyna nie naigrawa się zeń tym pytaniem, odpowiedział więc ponownie:

- Mógłbym to zrobić, gdybym zechciał.

Zaczęła go usilnie prosić, aby przeistoczył się w cokolwiek zechce – w jastrzębia, w byka, w ogień, w drzewo: Zbył ją kilkoma tajemniczymi słowami, jakich używał jego Mistrz, ale nie umiał odmówić stanowczo, kiedy zaczęła się doń przymilać; zresztą nie wiedział, czy sam wierzy w swoje przechwałki, czy też nie. Pożegnał się z nią mówiąc, że mag, jego mistrz, czeka na niego w domu, nazajutrz zaś nie powrócił na łąkę. Ale dzień później przyszedł znowu mówiąc sobie, że powinien narwać więcej kwiatów, póki jeszcze kwitną. Dziewczyna była na łące; wspólnie brnęli na bosaka przez podmokłą trawę, rwąc ciężkie kwiaty białego świątka. Świeciło wiosenne słońce i dziewczyna rozmawiała z Johnem wesoło jak pierwsza lepsza młoda pasterka z jego rodzinnej wsi. Pytała go znów o czary i słuchała z rozszerzonymi oczyma wszystkiego, co opowiadał, tak że ponownie zaczął się przechwalać. Wtedy spytała go, czy nie uczyniłby czaru Przemiany, a gdy próbował ją zbyć, spojrzała na niego, odgarniając z twarzy czarne włosy, i powiedziała:

- Boisz się to zrobić?

- Nie, nie boję się.

Uśmiechnęła się z odrobiną lekceważenia i rzuciła:

- Jesteś chyba za młody.

Tego już nie mógł ścierpieć. Nie powiedział wiele, ale postanowił, że pokaże jej, co jest wart. Powiedział dziewczynie, aby przyszła jutro znowu na łąkę, jeśli ma ochotę, w ten sposób pożegnał się z nią i wrócił do domu, w którym jego Mistrza jeszcze nie było. John podszedł wprost do półki i zdjął z niej dwie Księgi Wiedzy, których jego Mistrz nigdy jeszcze nie otworzył w jego obecności.

Poszukiwał zaklęcia Samoprzemienienia, ale ponieważ czytanie runów szło mu jeszcze wolno i mało z tego rozumiał, nie mógł znaleźć tego, czego szukał. Księgi te były bardzo stare. Mistrz odziedziczył je po swoim Mistrzu – Proroku, a on zaś po swoim Mistrzu Magu z Wysp Królowej, i tak dalej wstecz aż do mitycznych czasów. Pismo było drobne i osobliwe; między jego wierszami pełno było dopisków poczynionych przez liczne ręce, które teraz wszystkie były prochem. Mimo to John rozumiał gdzieniegdzie coś z tego, co usiłował czytać, i mając wciąż w pamięci pytania i szyderstwa dziewczyny, zatrzymał się na stronicy, która zawierała zaklęcie przywołujące duchy zmarłych.

Gdy czytał, odcyfrowując jeden po drugim runy i znaki, opanowywała go trwoga. Utkwił oczy w stronicy i nie był w stanie ich podnieść, dopóki nie przeczytał całego zaklęcia do końca.

Potem podnosząc głowę ujrzał, że w domu jest ciemno. Czytał przed chwilą bez żadnego światła, w ciemności. Teraz zaś nie mógł odczytać runów, gdy spuścił wzrok; na księgę. Trwoga wciąż w nim rosła; nie mógł wstać z krzesła, jak gdyby strach go spętał. Było mu zimno. Oglądając się przez ramię dostrzegł, że obok zamkniętych drzwi coś się kuli, jakaś bezkształtna bryła cienia ciemniejszego niż ciemność. Zdawało mu się, że cień sięga w jego stronę, że szepcze, że szeptem coś do niego woła; nie mógł jednak zrozumieć słów.

Nagle drzwi rozwarły się na oścież. Pojawił się w nich człowiek otoczony jaskrawym białym światłem, wielka jasna postać, która przemówiła głośno, gwałtownie i niespodziewanie. Ciemność i szept ustały i rozwiały się.

Trwoga opuściła Johna, ale wciąż jeszcze był śmiertelnie wylękniony, bowiem to jego nauczyciel stał w drzwiach otoczony jasnością, a dębowa laska w jego dłoni płonęła białym blaskiem.

Nie mówiąc ani słowa, mag przeszedł obok Johna, zapalił lampę i odłożył księgi na półkę. Potem obrócił się do chłopca i rzekł:

- Nie wolno ci nigdy używać tego zaklęcia, chyba żeby ci groziła utrata mocy i życia. Czy to dla tego zaklęcia otwarłeś księgi?

- Nie, Mistrzu – wymamrotał chłopak i pełen wstydu opowiedział John, czego i z jakiej przyczyny poszukiwał.

- Czy nie pamiętasz, co ci mówiłem – że matka tej dziewczyny, małżonka władcy, jest czarodziejką?

W istocie, kiedyś już to powiedział, ale John nie zwrócił wtedy na to uwagi, choć od obecnej chwili wiedział już, że Mag nigdy nie mówi mu niczego, jeśli nie ma po temu istotnego powodu.

Sama dziewczyna jest już na wpół czarownicą. Być może, to matka przysłała ją, aby z tobą porozmawiała. Być może to ona otwarła księgę na stronicy, którą czytałeś. Moce, którym ona służy, nie są tymi, którym służę ja; nie znam jej zamiarów, ale wiem, że nie życzy mi dobrze. John, posłuchaj mnie teraz. Czy nigdy nie pomyślałeś, że tak jak cień musi otaczać światło, tak samo niebezpieczeństwo musi otaczać czarodziejską moc? Te czary to nie gra, w którą się bawimy dla przyjemności albo własnej chwały. Pomyśl o tym: o tym, że każde słowo, każde działanie naszej sztuki wypowiadamy i wprawiamy w ruch na korzyść albo dobra, albo zła. Zanim przemówisz albo uczynisz cokolwiek, musisz znać cenę, jaką trzeba zapłacić!

Zdjęty wstydem, John zakrzyknął:

- Jakże mam znać sprawy, skoro mnie niczego nie uczysz? Od czasu gdy żyję przy tobie, niczego nie zrobiłem, nie zobaczyłem…

- Teraz coś zobaczyłeś – odparł mag. – Przy drzwiach, w ciemności, wtedy gdy wszedłem.

John milczał.

Czarodziej ukląkł, ułożył drwa w kominku i rozniecił ogień, gdyż w domu było zimno. Potem, wciąż klęcząc, rzekł swym spokojnym głosem:

- John, mój młody uczniu, nikt cię nie zmusza, abyś przebywał ze mną lub mi służył. Nie ty przyszedłeś do mnie, lecz ja do ciebie. Jesteś bardzo młody jak na taki wybór, ale nie mogę go uczynić za ciebie. Jeśli sobie życzysz, wyślę cię na Wyspę Królowej, gdzie nauczają wszystkich wysokich kunsztów. Nauczysz się każdego kunsztu, jakiego się podejmiesz, gdyż twoja moc jest wielka. Większa nawet, mam nadzieję, niż twoja pycha. Zatrzymałem cię tu przy sobie, posiadam bowiem to, czego tobie brakuje, ale nie będę cię zatrzymywał wbrew twej woli. Wybieraj więc teraz między Tai Hom a Wyspą Królowej.

John stał bez słowa, serce tłukło mu się w piersi. Zdążył już przecież pokochać Maga, tego wyzbytego gniewu człowieka, który uzdrowił go dotknięciem; kochał go i aż do tej pory nie wiedział o tym. Spojrzał na dębową laskę opartą w kącie przy kominku, przypominając sobie jej blask, który wypłoszył z mroku złego ducha, i zatęsknił za tym, aby pozostać z nim, aby iść wraz z nim przez lasy w długiej i dalekiej wędrówce, ucząc się sztuki milczenia. Jednakże odzywały się w nim inne pragnienia, które nie dawały się uciszyć: żądza sławy, chęć czynu. John rysował przed nim długą drogę ku czarodziejskiemu mistrzostwu, powolny marsz bocznymi ścieżkami, podczas gdy on mógł pożeglować z morskim wiatrem wprost na Morze Najgłębsze, na Wyspę Mędrców, gdzie powietrze rozświetlają czary i gdzie Arcymag przechadza się pośród cudów.

- Mistrzu – powiedział – popłynę na Wyspę Królowej.

By BqL

Kroniki Firena : Wybiegamy w przyszłość : John uczy się sztuki magicznej

Posted in Kroniki LF2 Firen, Opowiadania on Lipiec 27, 2010 by imbql

Wrzucę parę opowiadań na zapas ,bo mam czas i walsemore mi spamuje na gadugadu o nowe rodziały – wiec czytać!  Tylko dajcie jakiś znak że to czytacie …

Enjoy

Tylko w milczeniu słowo,

Tylko w ciemności światło,

Tylko w umieraniu życie:

na pustym niebie

jasny jest lot sokoła.

Pieśń o stworzeniu świata

Historia ta wybiega daleko w przyszłość, mimo wszystko zdobędę się na siłę, aby wam ją przekazać. Wydarzenia te zaczynają się chwilę przed erą Juliana i wszystkimi wydarzeniami które nastąpiły po kronikach, wiec jest to jedna z najmłodszych kronik. Po wydarzeniach opisanych tutaj wrócimy do wątku głównego. John sądził najpierw, że jako uczeń wielkiego maga dostąpi od razu wtajemniczenia i od razu osiągnie biegłość w czarodziejskiej mocy. Myślał, że będzie rozumieć język zwierząt i mowę liści w lesie, że swoim słowem będzie poruszał wiatry i nauczy się przeistaczać siebie w każdy kształt , w jaki zapragnie;  że być może obaj z Mistrzem pobiegną obok siebie pod postacią jelenia lub pofruną do sąsiedniego miasta ponad górą na orlich skrzydłach.

Ale wcale tak nie było. Wędrowali najpierw w dół doliny, a potem coraz bardziej na południe i zachód naokoło góry, szukając noclegu w małych wioskach albo spędzając noc na bezludziu jak ubodzy najemni czarownicy, wędrowni rzemieślnicy albo żebracy. Nie wkroczyli w żadną tajemniczą dziedzinę. Nic się nie zdarzyło. Dębowa laska maga, którą John oglądał z pełną entuzjazmu trwogą, była tylko grubą laską do podpierania się w marszu. Minęły trzy dni, cztery dni, a wciąż jeszcze Mag nie wypowiedział ani jednego zaklęcia w obecności Johna, ani też nie nauczył go niczego o imionach, runach lub czarach.

Mimo że małomówny, jego nauczyciel był bardzo łagodny i spokojny. John wkrótce przestał się go lękać, a dzień czy dwa dni później ośmielił się już na tyle, że spytał swojego mistrza:

- Kiedy zacznie się moja nauka, panie?

- Już się zaczęła – odpowiedział.

Zapadło milczenie, jak gdyby John starał się powstrzymać coś, co musiał powiedzieć. Wreszcie powiedział to:

- Ale ja się jeszcze niczego nie nauczyłem!

- Bo nie zdałeś sobie jeszcze sprawy, czego uczę – odparł mag, stąpając dalej miarowym, długonogim krokiem po drodze, która wiodła przez wysoką przełęcz. Jak większość ludzi z krainy ognia, miał skórę śniadą, miedziano-brązową o ciemnym odcieniu; był siwowłosy, szczupły i żylasty jak chart, niestrudzony. Odzywał się rzadko, jadł mało, spał jeszcze mniej. Wzrok i słuch miał bardzo wyostrzone, a na jego twarzy często pojawiał się wyraz zasłuchania.

John nie odpowiedział mu. Nie zawsze jest łatwo odpowiedzieć magowi.

- Chcesz czynić czary – powiedział po chwili, krocząc naprzód. – Zbyt wiele wody czerpałeś z owej studni. Czekaj. Dojrzałość to cierpliwość. Biegłość to cierpliwość dziewięciokrotna. Co to za ziele przy ścieżce?

- Słomianka.

- A tamto?

- Nie wiem

- Czworolistek, tak to nazywają.

Mistrz przystanął, stawiając już przy roślince okuty miedzią koniec swej laski; John przyjrzał się więc chwastowi z bliska, oderwał od niego uschnięty strączek i wreszcie, ponieważ Mag nie powiedział nic więcej, zapytał:

- Jaki jest z niego pożytek, Mistrzu?

- Żaden, o ile wiem.

John trzymał przez chwilę strączek, gdy szli dalej, potem odrzucił go na bok.

- Gdy poznasz czworolistek we wszystkich porach roku, jego korzeń, liść i kwiat, gdy poznasz go po wyglądzie, zapachu i nasieniu, wtedy będziesz mógł nauczyć się jego prawdziwego imienia, bo będziesz znał jego istotę: a to więcej niż pożytek. Ostatecznie, jaki jest pożytek z ciebie? Albo ze mnie? Czy ,czy owa Góra po której idziemy jest użyteczna? Alba Morze Otwarte? – Mistrz maszerował dalej chyba z pół mili, po czym odezwał się wreszcie: – Aby słyszeć, należy milczeć.

Chłopiec nachmurzył się. Nie podobało mu się, że zmuszano go, aby czuł się jak głupiec. Zataił jednak urazę i zniecierpliwienie; starał się być posłuszny, tak aby Czarodziej zgodził się w końcu nauczyć go czegoś. Albowiem John łaknął nauki, pragnął posiąść wiedzę jak kontrolować swoją moc. Co prawda zaczynało mu się wydawać, że nauczyłby się więcej towarzysząc jakiemuś zbieraczowi ziół czy wiejskiemu czarownikowi, i gdy okrążając górę szli na zachód w odludne lasy, zastanawiał się coraz bardziej, na czym polega potęga i magia tego wielkiego maga z którym przykazano mu poznawać kunszty magiczne. Gdy bowiem padało, Mag nie próbował nawet odegnać ulewy zaklęciem znanym każdemu zaklinaczowi pogody. W kraju takim jak Ogniste Krainy czy też Wyspach Królowej, gdzie gęsto od czarowników, można nieraz widzieć „ chmurę deszczową błądzącą wolno z miejsca na miejsce w różnych kierunkach, przetaczaną przez jedno zaklęcie ku następnemu, aż wreszcie zostanie wypchnięta nad morze, gdzie może się spokojnie wypadać. Natomiast Czarodziej pozwalał deszczowi padać tam, gdzie padał. Znajdował grubą jodłę i układał się pod nią. John przykucał wśród ociekających wodą krzaków, mokry i markotny, zadając sobie pytanie, co za pożytek z posiadania mocy, jeśli jest się zbyt mądrym, aby z niej korzystać; żałował, że nie poszedł terminować do owego starego zaklinacza pogody z Doliny, u którego przynajmniej można byłoby spać w suchym odzieniu. Nie wypowiadał na głos żadnej ze swych myśli. Nie mówił ani słowa. Jego Mistrz uśmiechał się i wśród deszczu zapadał w sen.

Gdy zbliżał się Powrót Słońca i pierwsze obfite śniegi zaczynały padać na wyżynach wyspy, przybyli do Tai Hom, miejsca zamieszkania jego nauczyciela. Tai Hom to miasteczko na wysokim skalistym grzbiecie, a nazwa jego oznacza Sokole Gniazdo. Można z niego ujrzeć daleko w dole głęboką przystań i wieże pobliskiego portu oraz statki wpływające i wypływające zeń pomiędzy Zbrojnymi Urwiskami, stanowiącymi wejście do zatoki; a daleko na zachodzie dają się dostrzec ponad morzem błękitne wzgórza wyspy Królowej, najdalej wysuniętej na wschód spośród Skrytych Wysp.

Dom maga, choć obszerny i zbudowany z tęgich bali, mający wewnątrz nie palenisko, lecz kominek i dymnik, przypominał raczej chaty z wioski w której niegdyś mieszkał John: stanowił cały jedną izbę, z dobudowaną z jednej strony komórką dla kóz. W zachodniej ścianie izby była jakby alkowa, w której sypiał John. Nad jego legowiskiem znajdowało się okno z widokiem na morze, ale najczęściej okiennice musiały być zamknięte dla ochrony przed silnymi wichrami, które dęły przez całą zimę z zachodu i północy. W mrocznym cieple tego domu John spędził zimę, słysząc na dworze szum deszczu i wiatru albo ciszę padającego śniegu oraz ucząc się pisania i czytania Sześciuset Runów Hardyckich. Rad był bardzo, że zgłębia tę wiedzę, albowiem bez niej samo tylko zwyczajne uczenie się na pamięć czarów i zaklęć nie pozwala nikomu osiągnąć prawdziwej biegłości w czarnoksięstwie. Hardyckie narzecze Archipelagu nie ma wprawdzie w sobie więcej magicznej mocy niż jakikolwiek inny język ludzki, ale swymi korzeniami sięga Dawnej Mowy, owego języka, w którym rzeczy nazywa się ich prawdziwymi imionami; a droga wiodąca do zrozumienia tej mowy zaczyna się od runów, które zapisano, gdy wyspy świata wynurzyły się po raz pierwszy z morza.

Nie zdarzały się jednak żadne cuda ani czary. Przez całą zimę nie było niczego poza odwracaniem ciężkich stronic Księgi Runów, poza deszczem i śniegiem; a Mistrz wchodził do izby, wracając z włóczęgi po lodowatych lasach albo od doglądania kóz, tupał, aby otrząsnąć śnieg z butów, i siadał w milczeniu przy ogniu. I długie, zasłuchane milczenie maga napełniało izbę, napełniało myśli Johna, aż zdawało się czasami, że zapomniał, jak brzmią słowa; i gdy Mag odzywał się wreszcie, było tak, jak gdyby właśnie w tym momencie i po raz pierwszy wynalazł mowę. Mimo to słowa, które wymawiał, nie dotyczyły wielkich spraw, a obracały się jedynie wokół prostych rzeczy, chleba i wody, pogody i snu.

Gdy nadeszła rychła i pełna światła wiosna, Mistrz często wysyłał Johna na zbieranie ziół na łąkach ponad Tai Hom i pozwalał mu zajmować się tym, jak długo miał ochotę; John mógł swobodnie spędzać cały dzień na wędrowaniu brzegiem wezbranych od deszczu potoków, poprzez las, po wilgotnych zielonych polach, skąpanych w słońcu. Za każdym razem szedł z radością i zostawał na dworze do późnego wieczora; lecz nie zapominał całkiem i o ziołach. Wypatrywał ich, gdy wspinał się, włóczył, brnął przez potoki i zagłębiał się w gąszcze, i nigdy nie powracał z pustymi rękami.

Kiedyś trafił na łąkę pomiędzy dwoma strumieniami, gdzie rósł gęsto kwiat zwany białym świątkiem, a ponieważ kwiecie to jest rzadkie i cenione przez znachorów, powrócił tam następnego dnia. Na łące był już ktoś inny, dziewczyna, którą znał z widzenia jako córkę starego władcy Tai Hom. Nie odezwałby się do niej, ale dziewczyna podeszła doń i pozdrowiła go miło:

- Znam ciebie, jesteś John, uczeń naszego maga. Opowiedz mi o czarach, dobrze?

Patrzał w dół na białe kwiaty, które muskały jej białą spódnicę, i z początku, onieśmielony i pochmurny, ledwie odpowiadał. Ona mówiła jednak dalej, w otwarty, beztroski i kapryśny sposób, który po trochu pozwolił mu pozbyć się skrępowania. Była wysoką dziewczyną mniej więcej w jego wieku, bardzo bladą, o skórze niemal białej; jej matka, jak mówiono w wiosce, pochodziła z Outland czy z innej obcej krainy. Włosy dziewczyny, długie i proste, spadały jak czarny wodospad. John uważał, że jest bardzo brzydka, ale czuł pragnienie podobania się jej, zyskania jej podziwu, i pragnienie to narastało w nim w trakcie rozmowy. Dziewczyna skłoniła go, aby opowiedział jak zaczęła się jego przygoda z magią ,i słuchała go jak gdyby pełna zdumienia i podziwu, ale nie pochwaliła ani słowem a zaraz potem skierowała rozmowę na inne tory, pytając:

- Czy potrafisz przywoływać do siebie ptaki i zwierzęta?

- Potrafię – odpowiedział John.

Wiedział, że w urwisku nad łąką kryje się gniazdo sokoła, i przywołał ptaka po imieniu. Sokół przyfrunął, ale nie chciał usiąść na przegubie John, zapewne spłoszony obecnością dziewczyny. Wylądował i bijąc powietrze szerokimi pręgowanymi skrzydłami, po czym wzbił się w górę w podmuchach wiatru.

- Jak się nazywa ten rodzaj czarów, który każe przyfrunąć sokołowi?

- Zaklęcie Przywołania.

- A czy potrafisz też przywołać do siebie duchy zmarłych?

Pomyślał że tym pytaniem dziewczyna natrząsa się z niego, ponieważ sokół nie był w całej pełni posłuszny jego wezwaniom. Nie .zamierzał pozwolić jej na drwiny.

By BqL

Kroniki Little Fighter – Firen

Posted in Kroniki LF2 Firen, Opowiadania on Lipiec 26, 2010 by imbql

Tak wiem wiem wiem, miało być w czerwcu , jest  w lipcu. Na update bloga tzn nowy motyw niestety czas mi nie pozwolił ale skusiłem się o uzupełnienie historii Firena . Tak więc zapraszam na kolejną kronike!

Enjoy

Nagle w ciemności odezwał się głos:

-Zaszliście za daleko.

John odpowiedział mu:

-Jedynie za daleka podróż może okazać się tą właściwą.

-Dotarliście do Martwej Rzeki – stwierdził głos.

-Stąd nie możecie powrócić do Kamiennego Muru. Nie wrócicie już do życia.

-A przynajmniej nie tędy – rzucił Firen w noc.

John ledwo go widział, choć stali tuż obok siebie, góry bowiem, u których podnóża się znaleźli, przesłaniały połowę nieba. Wydawało się też, że korytem Martwej Rzeki spływa ku nim nieprzenikniony mrok. – Chcemy jednak poznać twoją drogę.

Głos nie odpowiedział.

- Spotkamy się tu jak równi z równym. Ty jesteś ślepy, my nic nie widzimy w ciemnościach.

Milczenie.

- Nie możemy cię tu zranić; nie możemy cię zabić. Czego jeszcze się lękasz?

-Nie znam strachu- odparł głos w ciemnościach. Powoli przed ich oczami, w poświacie przypominającej nieco blask promieniujący z laski Firena, pośród ogromnych głazów, pojawił się mężczyzna. Był wysoki, miał długie nogi i mocne ramiona, jak postać, która stanęła orzed nimi na wyspie i plaży Souldororu, lecz wydawał się znacznie starszy. Jego włosy gładko ułożone nad wysokim czołem połyskiwały bielą. Tak bowiem wyglądał jego duch w królestwie śmierci – nie okaleczony, wolny od śladów ognistego smoczego oddechu, ale też niecały. Jego oczodoły pozostawały puste.

- Nie znam strachu- powtórzył. – Czego miałby się lękać umarły?- wybuchnął śmiechem. W owej wąskiej kamienistej dolinie pod górami śmiech ów zabrzmiał tak fałszywie, że John przez moment wstrzymał oddech. Jednakże zacisnął tylko dłoń na rękojeści miecza i słuchał.

- Nie wiem, czego powinien się bać umarły- odparł Firen.- Z pewnością nie śmierci. Ale zdaje się, że ty się jej boisz, mimo iż znalazłeś sposób, aby przed nią uciec.

- Znalazłem. Żyję. Moje ciało żyje.

- Nie wiedzie mu się najlepiej – zauważył cierpko mag. – Złudzenia mogą ukryć wiek, lecz Orm Firenar nie obszedł się zbyt łagodnie z twoim ciałem.

- Mogę je naprawić. Znam sekrety młodości i uzdrawiania, nie tylko zwykłe iluzje. Za kogo mnie bierzesz? Ponieważ zwą cię Arcymagiem, Panem Żywiołu, uważasz, że masz do czynienia ze zwykłym wioskowym czarodziejem? Jedynie ja z pośród wszystkich magów odnalazłem Wrota Nieśmiertelności, których nikomu wcześniej nie udało się odkryć!

- Może ich nie szukaliśmy?

-Szukaliście. Wszyscy. Szukaliście ich, lecz nie mogliście znaleźć, toteż zadowalaliście się mądrymi słowami na temat akceptacji porządku rzeczy, równowagi życia i śmierci. Ale to tylko słowa, kłamstwa mające pokryć waszą klęskę oraz strach przed śmiercią. Któż nie chciałby żyć wiecznie, gdyby tylko mógł? A ja mogę. Jestem nieśmiertelny. Dokonałem tego, czego ty nie potrafiłeś, a zatem jestem twoim mistrzem, o czym wiesz. Czy zechciałbyś dowiedzieć się, jak to zrobiłem, Arcymagu?

- Tak.

Julian zbliżył się o krok. John zauważył, że choć mężczyzna nie ma oczu, nie porusza się jak ślepiec. Zdawał się dokładnie wiedzieć, gdzie stoją Firen i John. Był też wyraźnie świadom obecności ich obu, choć ani razu nie odwrócił się w stronę chłopca. Może był obdarzony czarodziejskim zmysłem, niczym wysyłane przez magów zjawy i widma, które przecież dostrzegają otaczający je świat? Owo coś pozwalało mu postrzegać rzeczywistość.

- Po tym jak w swojej dumie uznałeś, że upokorzyłeś mnie i dałeś mi nauczkę, wróciłem do Palnu – powiedział do Firena. – Owszem, dałeś mi lekcję , ale nie taką, jaką zamierzałeś. Powiedziałem sobie wówczas: na własne oczy oglądałem śmierć i nie przyjmę jej. Niech cała ta durna natura podąża swym głupim szlakiem. Ja jednak jestem człowiekiem lepszym niż ona, wyrastającym ponad nią. Nie pójdę tą drogą, nie przestanę być sobą. Pełen determinacji ponownie zacząłem. Toteż sam napisałem je na nowo i utkałem zaklęcie – największe zaklęcie, jakie kiedykolwiek rzucono. Największe i ostatnie.

- Wypowiadając je, umarłeś.

- Tak! Umarłem. Miałem dość odwagi, by to zrobić, by odkryć to, czego wy, tchórze, nigdy nie zdołalibyście znaleźć – drogę powrotną. Otwarłem wrota, które pozostawały zamknięte od początku czasu. Teraz zaś mogę do woli odwiedzać to miejsce i powracać do świata żywych. Spośród wszystkich żyjących i martwych tylko ja jestem władcą obu krain. Wrota, które rozwarłem, otwierają się nie tylko tutaj, ale też w umysłach wszystkich żyjących, w głębinach nieznanych otchłani dusz, gdzie każdy z nas stoi sam w ciemności. Oni o tym wiedzą i przybywają do mnie. Zmarli także muszą zjawiać się na moje wezwanie, albowiem nie utraciłem magii żyjących. Kiedy nakazuje im, muszą przekraczać kamienny mur. Wszyscy: władcy, czarnoksiężnicy, dumne niewiasty; tam i z powrotem wędrują pomiędzy życiem a śmiercią, na mój rozkaz. I wszyscy muszą słuchać, żywi i umarli; mnie który umarłem, a jednak żyję!

- Dokąd do ciebie przybywają, Julian? Gdzie właściwie jesteś?

- Pomiędzy światami.

- Nic oznacza to jednak życia ni śmierci. Czym jest życie, Julian?

- Władzą.

- A miłość?

- Władzą – powtórzył martwo ślepiec, zgarbiwszy ramiona.

- Czym jest światło?

- Ciemnościa.

-Jak brzmi twoje imię?*

- Nie mam go/

- W tej krainie wszyscy noszą swoje prawdziwe miana.

- Zdradź mi zatem twoje.

- Nazywam się  Lume. A ty?

Ślepiec  zawahał się, po czym rzekł:

- Escuridade.

*Kwestia imienia zostanie wyjaśniona w następnym najbliższym rozdziale.

By BqL

Jeszcze żyje!

Posted in Bez kategorii on Maj 24, 2010 by imbql

Jak w temacie , pod koniec maja, a właściwie na początku czerwca świeżutki update na stronce , oczywiście zamierzam dodać nowe opowiadanie , możliwe że jeśli czas mi pozwoli opublikuje kolejne z serii.

pozdr BqL!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.